zawsze miałam
problem z zawartością szafy. ciuchów nigdy nie było w niej za mało, ale każde
kolejne zakupy wcale nie oznaczały końca "nie mam się w co ubrać",
wręcz przeciwnie - z biegiem czasu było tylko gorzej, mimo tego, że na ubrania
brakowało miejsca.
moja szafa
dorastała razem ze mną. wspólnie przeszłyśmy okres ubrań w paski, czaszki i
ciężkich butów, później czasy inspiracji klasyką lat 50, nawałnicę ubrań w
kwiatowe wzorki i chorobliwą fascynację lumpeksami. teraz dorosłam na tyle,
żeby naprawdę wiedzieć co właściwie chcę nosić, czym się inspirować i jak
zachować oryginalność jednocześnie czując się dobrze. wbrew pozorom wcale nie
oznacza to kilogramów wymyślnych i drogich fatałaszków...
postawiłam na
prostotę, minimalizm i dobre gatunkowo tkaniny. staram się kupować ubrania,
które mogę dowolnie łączyć, bez konieczności kupowania nowych bucików,
żakiecików i torebeczek, żeby wszystko wyglądało dobrze. oczywiście nie chodzi
mi o popadanie w skrajności - czasami zdarza mi się kupić koszulkę z nadrukiem albo
kwiecistą sukienkę. kupowanie ubrań, tak jak gotowanie i jedzenie, powinno przede wszystkim zadowalać. ciuchy wcale nie muszą leżeć "jak ulał" -
niektóre rzeczy wyglądają ładniej, kiedy są troszkę za duże. największy wpływ na ukształtowanie moich "szafowych poglądów" miała Styledigger i Leo Babauta, którym w tym miejscu bardzo dziękuję.
dzisiaj
przedstawię trzydzieści jeden elementów, które są podstawą mojej wczesnojesiennej garderoby.
najlepiej
te bardzo grube i odrobinę przyduże. najbardziej lubię swetry o nietypowym
splocie albo jakimś pomysłowym elemencie, takim jak dziergane kuleczki na
kremowym swetrze firmy Monsoon albo złoty łańcuch na szarym (kaszmirowym!) sweterku. mój ulubiony to ten ciemnozielony od Gudrun Sjödén, niestety mój aparat z
wiadomych tylko sobie powodów nie chciał pokazać jego prawdziwego koloru. kupiłam
go za jakieś 8 złotych. ten z Monsoona kosztował zawrotną sumę 10,50.
po drugie t-shirty.
po drugie t-shirty.
brzmi naprawdę banalnie, ale znalezienie tych idealnych zabrało mi sporo czasu.
najbardziej lubię te oversize o luźnym kroju i ciekawym detalu. właściwie
wszystkie kosztowały około 15 złotych, najdroższa była ta mniej praktyczna (i
absolutnie ukochana) z wilkiem - dałam za nią 60 złotych po bardzo długich
poszukiwaniach we wszystkich bershkach w mieście.
po trzecie
koszule.
wszystkie są z dosyć dobrych i miękkich materiałów, jedynym "bublem" jest ta ze złotymi guziczkami - zmechaciła się po dwóch miesiącach.
po czwarte okrycia wierzchnie.
ta szara marynarka ma świetną, mieniącą się podszewkę
dosyć luźne marynarki, dżinsowa kurteczka za 6 złotych (która należała do jakiegoś małego Norwega o imieniu Martin. tak, jest dziecięca, ale uznałam, że skoro się w nią mieszczę i wygląda nieźle, to nie będę się tym przejmować) i koszula, która ma ponad dwadzieścia lat. dodatkowo ramoneska. noszę też klasyczny beżowy trencz. nie robiłam mu zdjęcia, bo chyba każdy wie jak wygląda.
po piąte spodnie.
dwie pary cygaretek - szare i czarne. dwie pary dżinsów i czarne legginsy.
po szóste sukienki.
bordowa z mięsistej bawełny, czarna tiulowa z usztywnianą górą ze złotymi kropeczkami i ruda z serii "flower power".
31 elementów. tyle potrzebuję w sezonie późne lato-wczesna zima. kiedy temperatura spada poniżej dziesięciu stopni dochodzą do tego ciepłe rajstopy, wełniany płaszcz i ciepła, puchowa kurtka.
zakochałam się w Twoich sukienkach, są fantastyczne!
OdpowiedzUsuń